Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu każde nowe konto, każdy formularz, każdy newsletter oznaczał jedno: podanie mojego głównego adresu e-mail. Wtedy jeszcze nie zastanawiałem się za bardzo nad prywatnością. To był mój główny adres, ten od Gmaila, czasem od Yahoo, a jak szukałem czegoś lokalnie, to pewnie i ten z Onetu. Ale wiecie co? Zaczęło mnie to irytować. Zwłaszcza kiedy moje skrzynki zaczęły pękać od spamu, a ja wciąż dostawałem oferty pracy, których wcale nie szukałem, albo powiadomienia z serwisów, o których dawno zapomniałem.
Streamingowe pokusy i lista zakupów bez śmieci
Ale wiecie, co mnie ostatnio najbardziej utwierdziło w przekonaniu, że potrzebuję czegoś więcej niż tylko jednego, głównego adresu? Moja obsesja na punkcie wypróbowywania nowych platform streamingowych. Ile razy ja i moi znajomi rzucaliśmy się na darmowy miesiąc Netflixa albo Spotify, tylko po to, żeby po kilku tygodniach zapomnieć o anulowaniu subskrypcji? Albo gorzej – żeby potem te same platformy zasypywały nas mailami z ofertami, które dawno nam się znudziły. A przecież chcemy tylko wypróbować ten jeden serial albo posłuchać nowej playlisty!
Aplikacje o pracę – czy naprawdę musisz ujawniać swój "prywatny" adres?
I tu właśnie wchodzi jednorazowy e-mail, czyli to, co nazywam moim "tajnym orężem". Nie chodzi tylko o te streamingowe triki. Pomyślcie o szukaniu pracy. Chcesz wysłać CV na kilkanaście ofert na OLX czy Allegro, może przeglądasz też jakieś bardziej specjalistyczne portale branżowe. Czy naprawdę chcesz, żeby potencjalny przyszły pracodawca albo rekruter widział ten sam adres, którego używasz do zamawiania pizzy albo zapisywania się na newsletter o promocjach w Lidlu? Może i brzmi to jak drobiazg, ale dla mnie to kwestia profesjonalizmu i ochrony prywatności.
Kilka tygodni temu mój kumpel, Michał, aplikował na naprawdę wymarzone stanowisko. Zanim wysłał CV, postanowił użyć jednorazowego adresu. I wiecie co? Po kilku dniach zaczęły przychodzić na jego główny adres maile z ofertami pracy z zupełnie innych branż, od firm, z którymi nigdy nie miał nic wspólnego. Ktoś najwyraźniej sprzedał jego dane z formularza aplikacyjnego. Michał był wściekły, ale na szczęście miał już ten swój tymczasowy adres, żeby się od tego odciąć. To był dla mnie kolejny dowód, że warto mieć taki "bufor".
Jak to działa w praktyce?
Używanie jednorazowego e-maila jest banalnie proste. Wchodzisz na stronę, bierzesz sobie tymczasowy adres, używasz go tam, gdzie potrzebujesz, a potem… po prostu go ignorujesz. Jeśli przyjdzie jakiś ważny mail, możesz go odebrać. Ale jeśli dostajesz spam, to on po prostu znika po określonym czasie, nie zaśmiecając twojej głównej skrzynki. To idealne rozwiązanie, żeby wypróbować nowe usługi, zapisać się na webinar bez zobowiązań, albo właśnie – dostać dostęp do tej promocji na Netflixa bez późniejszych wyrzutów sumienia i nadmiaru maili.
Dla mnie to też sposób na to, żeby moje poszukiwania kariery pozostały trochę bardziej dyskretne. Kiedy wysyłam kilkadziesiąt aplikacji, nie chcę, żeby mój główny adres stał się publicznie dostępny dla każdej firmy, która prowadzi swoją bazę danych. A potem, jak już znajdę pracę i podpiszę umowę, mogę po prostu zapomnieć o tym tymczasowym adresie. Proste, prawda?
Mam wrażenie, że ludzie w Polsce dopiero zaczynają odkrywać potencjał jednorazowych adresów e-mail, a przecież to tak proste narzędzie do ochrony prywatności. Nie mówię, żeby rezygnować z Gmaila czy innych głównych kont, absolutnie nie. Ale warto mieć coś na boku, coś, co pozwoli nam swobodniej eksplorować internet, testować nowe rzeczy i szukać tej wymarzonej kariery bez obaw o zalew niechcianej korespondencji. Może warto spróbować? Zwłaszcza, że dziś jest tyle świetnych serwisów, jak choćby TempTom, które oferują takie usługi za darmo. To naprawdę game changer dla każdego, kto ceni sobie porządek w skrzynce i spokój ducha.Strategia zapobiegania wyciekom danych - Wielowarstwowa ochrona tożsamości